zab

sobota, 23 kwietnia 2016

Zupa życia, czyli żurek z ogródka i końcówek

Przywykło się sądzić, że kuchnia polska jest ciężka i niezdrowa. I rzeczywiście, wielu tradycyjnym przepisom daleko do współczesnych norm dietetycznych (skądinąd inne czasy - inne potrzeby).
Jednak nie brakuje też w naszej tradycji kulinarnej produktów i potraw wybitnie służących naszemu zdrowiu, nieomal lub całkiem "superfood".

Jednym z takich dań jest żurek. Och nie, nie ten z kartonu, czy kupnego zakwasu wzbogaconego sztucznym aromatem wędzarniczym.

Ale prawdziwy żur, pełen warzyw, na naturalnym zakwasie - jest potrawą, którą śmiało można nazwać "zupą życia".

Zakwas na zupę można przygotować z różnych mąk. Najpopularniejszy jest oczywiście żytni razowy, ale można go wyhodować i z mąki owsianej, i z gryczanej, a nawet ryżowej.

Kiedyś był potrawą biedoty, kojarzoną z monotonią postu. Zachowały się opisy obrzędowego wylewania bądź grzebania w wielki piątek niepotrzebnego już, znienawidzonego żuru.

A przecież niepsuty chemią żurek nie tylko przywraca naszemu ciału równowagę kwasowo-zasadową, ale też jest naturalnym probiotykiem. Wspiera organizm wracający do zdrowia po chorobie, wspomaga leczenie niektórych przypadłości układu pokarmowego, buduje odporność. Żur na zakwasie zawiera witaminy z grupy B, poleca się go osobom cierpiącym na choroby skóry, łuszczycę, alergie. Postny żur jest wręcz lekarstwem dla osób cierpiących na zgagę i nadkwasotę.

Ja dzisiaj podaję przepis na żurek wiosenny (może być wegetariański, ale jest też - dedykowana mojemu Mężowi opcja dla mięsożeców :D) z dodatkiem równie bezcennych i niedocenianych chwastów z mojego ogródka. Jest to klasyczny przykład "zupy na winie" (wrzucasz co się nawinie), zrobionej by wykorzystać resztki ze spiżarni :D Jak zwykle można go zmodyfikować jak się komu żywnie podoba :D

Składniki:
- Jakieś pół szklanki zakwasu żurkowego (Robię go na zapas, kiedy nastawię sobie zakwas chlebowy, a z jakichś przyczyn nie zdążę upiec chleba. Wystarczy zbyteczny nadmiar namnożonego zakwasu przełożyć do osobnego słoika i zostawić w temperaturze pokojowej na 2-3 dni. Potem można śmiało przechowywać w lodówce.)
- garść liści pokrzywy
- garść liści mniszka (z roślinek, które jeszcze nie zdążyły zakwitnąć)
- garść liści bluszczyku kurdybanku
- garść podagrycznika
- dwie marchewki
- dwa ziemniaki
- cebula
- ząbek czosnku
- pół selera
- pietruszka (korzeń i nać)
- trzy pieczarki
- zabłąkany boczniak
- trzy bulwy topinamburu
- kilka gałązek majeranku (może być też suszony)
- dwie kulki ziela angielskiego
- liść laurowy
- sól (do wersji wege polecam wędzoną) i pieprz do smaku
- łyżka masła klarowanego
- opcjonalnie dla mięsożerców kawałeczek wędzonego boczku

Warzywa obieramy i myjemy. Pieczarki obieramy.
Marchew, korzeń pietruszki i seler kroimy drobno i gotujemy na wolnym ogniu.
Na maśle podsmażamy pokrojone w plastry ziemniaki, topinambur i grzyby (opcjonalnie boczek).
Kiedy warzywa będą już al dente dodajemy to, co podsmażyliśmy, posiekane pokrzywę i podagrycznik oraz zakwas (konkretną ilość weryfikuje własny smak - każdy ma inne preferencje co do kwaśności, ale też w zależności od mąki, temperatury otoczenia i wieku zakwasu ma on nieco inny smak).
Dodajemy kurdybanek i posiekanego mniszka, i pozwalamy by całość "mrugała" jeszcze kilka minut.

Ściągamy z ognia. Posypujemy listkami majeranku i natką pietruszki. Tradycjonaliści mogą dodać jajo na twardo ;)



piątek, 8 kwietnia 2016

Zielona, MIEJSCowa zupa na dziko (bez żab)

MIEJSCowe dzieciaki uczą się odróżniać rośliny jadalne od niejadalnych i trujące od innych.
Wiosna sprzyja takiemu odkrywaniu. Mnóstwo leśnych nowalijek wyłazi spod ziemi na wyścigi z żabami, kowalami bezskrzydłymi i trzmielami. W związku z czym na ostatniej leśnej wyprawie (żabim tropem) ugotowaliśmy (na przekór wiatrowi, który gasił nam ogień) zieloną zupę na dziko. Jeśli jej nie przesolicie (jak ja to uczyniłam) będzie naprawdę pyszna.

Składniki:
- garść liści młodej pokrzywy
- garść młodych liści podagrycznika
- pęk dzikiego szczypiorku
- (opcjonalnie - nam "wpadły" całkiem przypadkiem) kilka kwiatostanów klonu
- łyżka oleju kokosowego lub masła klarowanego
- pół szklanki mleka kokosowego
- dwie łyżki drobnej kaszki kukurydzianej
- sól

Listki myjemy i kroimy w-miarę-drobno. Dusimy na tłuszczu aż zmiękną. Dolewamy mleko, dosypujemy kaszkę, dolewamy odrobinę wody. Solimy do smaku.

Oczywiście zgodnie z życzeniem zupę można wzbogacić na różne sposoby - mięsem, koncentratem pomidorowym, jarzynami, jajkiem, czy czym-kto-chce. Podany przepis to rodzaj bazy.
A bez kaszki i wody dostaniecie smaczną jarzynkę szpinakopodobną :D
Zbiór pokrzywy (w rękawiczkach)

Smacznego :)

niedziela, 3 kwietnia 2016

Ciasto MIEJSCowe, najprostsze w świecie, z "anginką" i chrupiącymi drobinkami

Wczoraj mieliśmy w Miejscu Demokratycznym wielkie, wiosenne porządki. A że przy sprzątaniu trzeba czasem wzmocnić siły i to najlepiej czymś smacznym, to upiekłam ciasto z gatunku "eksperymentalne".

Jako że smakowało, a nawet zostałam poproszona o przepis - eksperyment uważam za udany.

Elementem testowanym w tym przypadku był dodatek liści pelargonii pachnącej, zwanej często "anginką", "cytrynką", "rozyndlą" lub (niepoprawnie) - geranium.

Musicie wiedzieć, że w Miejscu mamy OGROMNY krzaczor tego gatunku.
Kiedyś była to obowiązkowa pozycja na parapecie w każdej szkole i w domu każdej babci. Jakież było więc moje zdziwienie, kiedy - w zeszłym roku, szukając szczepki - nie mogłam jej znaleźć NIGDZIE przez kilka miesięcy. W końcu, przypadkiem, wchodząc do swojej ulubionej kwiaciarni, niemal wpadłam na olbrzymi krzak. Jak się okazało Pani Kwiaciarka (pozdrawiam) sprowadza, na specjalne zamówienia klientów, małe roślinki od pewnej starszej pani, mającej parapetową hodowlę. A jednej klient nie odebrał i wzięła się była rozrosła.
Przygarnęłam biedactwo, przystrzygłam celem pozyskania pewnej ilości szczepek, a przystrzyżony chabaź zawiozłam do Miejsca.

Anginka cudnym jest zielskiem i zastosowań ma wiele:
  • Jonizuje ujemnie powietrze (!)
  • Wydziela przyjemny, świeży zapach (dzięki olejkom eterycznym - m. in. geraniolowi, cytronelolowi, pinenowi, nerolowi, felandrenowi) z tego powodu wykorzystywana jest w przemyśle spożywczym i perfumeryjnym
  • Ma działanie przeciwgrzybiczne, przeciwbakteryjne (podobno zabija nawet gronkowce i paciorkowce) i przeciwwirusowe oraz immunostymulujące
  • Można parzyć ją samodzielnie lub dodawać do herbaty, lemoniady (jadalne są tak liście jak i kwiaty)
  • Można spożywać w sałatkach, zupach, dodawać do mięs, ryb, serów, sosów i innych potraw
  • Jest świetnym dodatkiem do ciast, galaretek, przetworów owocowych, soków, kompotów, musów, kisieli, używa się jej też do dekoracji tortów itp.
  • Wspaniale sprawdza się jako dodatek aromatyzujący do octów, cukrów i alkoholi
  • Pomaga dopędzić mole, komary i meszki
  • Doskonała na infekcje uszu
  • Pomaga na infekcje skórne i inne przypadłości dermatologiczne (trądzik, liszaj, egzema, łupież, opryszczka, rozstępy) poprawia kondycję przetłuszczającej się cery
  • Reguluje gospodarkę wodną organizmu
  •  Herbata i wyciąg wodny, zgodnie z nazwą potoczną, świetnie robią obolałemu gardłu i w ogóle osłabionej odporności, zadziała przy grypie, katarze, kaszlu, chorych zatokach, anginie etc.
  • Obniża ciśnienie krwi
  • Przynosi ulgę w bólach pochodzenia reumatoidalnego (wyciąg alkoholowy, okłady)
  • Ma działanie nasenne
  • Stosowana przy bólach żołądka
  • Pomaga przy bólach głowy
  • Poprawia koncentrację, działa uspokajająco i przeciwdepresyjnie
  • Polecana w przypadłościach okołomenopauzalnych

Z Wikipedii
Z Wikipedii
Dodatkowo jest niewymagająca i banalnie prosta w hodowli - słowem - same zalety.

Herbatkę z anginki znają już chyba wszystkie MIEJSCowe dzieciaki, a ciasto robi się tak:

Składniki (na małą keksówkę):
  • 4 jajka
  • półtorej szklanki mąki pszennej razowej
  • pół szklanki brązowego cukru
  • kostka masła
  • szczypta
  • dwie łyżeczki proszku do pieczenia
  • dwa jabłka (najlepiej od Rodziców Natalii, ale jak nie macie to inne też się nadadzą ;) )
  • garść listków anginki
  • opcjonalnie łyżeczka zielonej herbaty
Herbatę zaparzamy w połowie szklanki wody, po naciągnięciu odcedzamy. Studzimy.

Listki anginki płuczemy.
Połowę listków, jajka, sól, herbatę i masło miksujemy na w-miarę-gładko.
Mąkę mieszamy z proszkiem i dodajemy do masy maślano-jajecznej, dokładnie mieszamy do całkowitego połączenia. Dodajemy cukier i mieszamy.

Dno foremki (uprzednio posmarowanej masłem i posypanej bułką, chyba że jak ja używacie akurat silikonu) wykładamy pozostałymi listkami anginki (można też wyłożyć brzegi, ale się skubańce osypują). Wlewamy ciasto. Jabłka obieramy, odgniazdowujemy, kroimy w ósemki i wciskamy w ciasto (nie za gęsto).

Pieczemy w 170-180C jakieś 45min (sprawdzamy patyczkiem stopień upieczenia - ma wyjść suchy).

Jeszcze jedna uwaga: chrupiące drobinki wyszły przypadkiem, na skutek braku współpracy z robotem, ale że Agnieszce smakowały, to zostawiłam w przepisie na stałe :D

Dla mnie bomba :D Smacznego