We wrześniu jakoś byliśmy u znajomych w Dominikowie. Po za miłymi wspomnieniami wróciliśmy z wielgachnym torbiszczem własnoręcznie (i własnonożnie) uzbieranych grzybów. Część (m.in kurki, które pierwszy raz zbierałam) zjedliśmy na bieżąco, część poszła do suszenia, a część po obgotowaniu (prawie zblanszowaniu w sumie) - do zamrażarki.
Ostatnio na fali jesiennych smaków rozmroziłam nóżki podgrzybków (zamrożone osobno wg. rady Świekry) i przy współudziale mojego kochania (obsługa, montaż i demontaż maszynki mielącej) sporządziłam kotlety. Są fantastyczne.
Podaję ilości "na oko" albo wcale, ale ja po prostu ich nie znam, bo większość dań (z wyjątkiem ciast) robię na wyczucie.
Składniki:
- grzyby jakie bądź (mogą być nawet pieczarki, ale to zupełnie, zupeeełnie nie ten smak, jeśli weźmiecie mrożone, to trzeba rozmrozić, jeśli suszone - namoczyć wcześniej, najlepiej w mleku)
- cebula (ile lubicie, na ogół 1 duża wystarcza)
- jajo, alibo dwa
- bułka tarta
- sól, pieprz
- olej do smażenia
Dodaj jaja i bułkę, tak, żeby wyszła konsystencja jak na mielone. Pamiętaj, żeby dobrze wymieszać i dać chwilę bule, żeby "nasiąkła".
Przypraw do smaku (tu naprawdę mniej znaczy - więcej - nie zabij aromatu leśnych grzybów nadmiarem przypraw).
Formuj zgrabne, lekko spłaszczone kotleciątka, smaż na rozgrzanej patelni, jak zwykłe mielone. Odsącz na ręczniku papierowym z nadmiaru tłuszczu.
Jednak trzeba uważać, bo kotlety te mają tendencje do znikania, zanim jeszcze zdążą ostygnąć.
Smacznego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz